poniedziałek, 12 listopada 2012

Kurs LibreOffice: Mirosław Zalewski

   8 września br. Mirosław Zalewski rozpoczął regularną serię artykułów - Przepis na LibreOffice - uczących użytkowania zestawu oprogramowania biurowego. Autor przedstawia się skromnie: "Samouk stawiający sobie za cel tworzenie dokumentów poprawnych typograficznie i stylistycznie. Na blogu pokazuje, jak wykorzystać potencjał drzemiący w pakiecie LibreOffice i rozwiązać problemy, które można napotkać po drodze."


   Blog Mirosława Zalewskiego ma świetnie wybrany temat, bardzo staranną formę i klarowną treść - jest wytworem najwyższej klasy. Odczuwa się, że każdy artykuł wynika z potrzeby serca autora i jest oparty na głębokiej wiedzy o LibreOffice.
   Można, i zresztą należy - przy całym szacunku i podziwie dla twórcy - dyskutować z mistrzem. W szczególności autor swobodnie przechodzi obok problemu wolności: "Podsumowując: w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że LibreOffice jest darmowym odpowiednikiem pakietu Microsoft Office." To akurat zdanie to rzeczywiście duże uproszczenie - tak duże, że wprowadzające w błąd. Zdanie to uchybia LibreOffice i jest reklamą MS Office - z pewnością niezamierzenie.

   LibreOffice - użyteczny, wolny i niekosztowny (i na tym raczej należało skończyć) - jest wolnym oprogramowaniem, nie darmowym, niezależnym także od Microsoft Office, z którego światem nie ma jakichkolwiek związków.  Odnoszenie się do MS i jego produktów, to nie jest właściwa droga dla twórców GNU/Linux: kiedy tylko jest to możliwe, należy unikać antagonizowania.
   Uważając dyskusyjne zdanie za zbyteczne w tekście o LibreOffice, pozostaję zachwycony najwyższym, wzorcowym poziomem intelektualnym Mirosława Zalewskiego. Pisze z niezbędną szczegółowością, acz zwięźle, stylem jakiemu nic nie można zarzucić. Obyśmy wszyscy tacy byli.     

1 komentarz:

  1. Jeżeli chodzi o wspomniane uproszczenie: trochę zmodyfikowałem ten fragment, rozbudowując go. Nadal jest to daleko idące uproszczenie, ale uważam je za konieczne. Przede wszystkim dlatego, że blog nie jest miejscem na porównywanie MSO i LO. Po drugie dlatego, że Microsoft Office jest wygodnym punktem odniesienia, do którego mogę się odwołać. Być może takie uproszczenia są szkodliwe, ale jednocześnie są bardzo wygodne — pozwalają w kilku słowach skierować czytelnika na odpowiednie tory myślowe. W zmodyfikowanej wersji więcej uwagi poświęciłem jasnemu przekazaniu, że LO to nie jest zamiennik MSO i należy go traktować jako inny program, ale o podobnym przeznaczeniu.

    Mówiąc trochę szerzej, na blogu celowo unikam całej ideologicznej otoczki, z którą wolne oprogramowanie z konieczności się wiąże. Nie chcę, aby głównym argumentem za LO było „to wolne oprogramowanie”. Staram się raczej pokazać, że jest to funkcjonalny, wygodny i przydatny pakiet programów — i właśnie dlatego warto go używać. Staram się pokazać LO na płaszczyźnie praktycznej, czyli tej, która dla większości użytkowników jest jednak najważniejsza.

    Poza tym nie mogę się nie sprzeciwić wobec tytułowania mnie „mistrzem” (całe szczęście, że z małej litery). Żadnym „mistrzem” nie jestem. Jest wielu ludzi którzy wiedzą więcej ode mnie (także o LibreOffice), piszą lepiej ode mnie itp.

    Mimo wszystko dziękuję za wszystkie miłe słowa i poświęcenie osobnego wpisu na przedstawienie mojego bloga — naprawdę to doceniam :) .

    OdpowiedzUsuń